Henryk Gruth to wyjatkowa postać w polskim hokeju. Człowiek, który był w przeszłości znakomitym zawodnikiem został znakomitym trenerem. Od wielu lat poświęca się pracy z młodzieżą i jest jednym z twórców potęgi organizacji Lions. Jak na ironię w Szwajcarii zatrudnić go chcą niemal wszyscy, w Polsce…
Jak długą przeszedł Pan drogę, żeby zyskać sobie takie uznanie w Szwajcarii ?
- Może zacznę od tego, że zdecydowałem się na wyjazd z kraju w celach zarobkowych. W Polsce jako asystent trenera reprezentacji zarabiałem 24,50 zł brutto od dnia pobytu na kadrze. Wydaje mi się, że coś dla tego hokeja polskiego zrobiłem. Trenując jednocześnie GKS Tychy równiez nie dostawałem pieniędzy. Obrałem kierunek na Szwajcarię, bowiem kiedyś występowałem przez trzy lata w tamtejszej lidze jeszcze jako zawodnik. Moja praca trenerska zaczęła się od trzecioligowego klubu Salzgitter. Nikt mi wówczas nie dawał szans na utrzymanie tej drużyny, w której występowali wyłącznie juniorzy. Mimo wszystko udało mi się tego dokonać. Od razu pojawiły się propozycje z wyższych lig. Na rok trafiłem do St. Moritz. Potem przyjąłem ofertę z HC Thurgau nad Jeziorem Bodeńskim. Zespół występował w drugiej lidze i również udało mi się go utrzymać. Zaczęło wychodzić na to, że jestem specjalistą od utrzymywania drużyn (śmiech). W końcu zgłosił się Zurych. Przedstawiono mi plany utworzenia wielkiej organizacji, w której będą ze sobą współpracować trzy kluby. Miałem pełnić w niej rolę szefa szkolenia młodzieży i odpowiadać za opracowanie całej koncepcji szkolenia. Wróciłem więc do swojego miasta, w którego niegdyś barw broniłem. Należy dodać jeszcze, że oprócz w/w funkcji byłem też trenerem trzecioligowego klubu EHC Dübendorf, zrzeszonego w organizacji. Po trzech latach pracy wspólnie z pewnym fińskim trenerem poukładaliśmy pracę z juniorami. Wówczas zgłosił się do mnie stary przyjaciel Christian Weber, z którym kiedyś grałem i namówił mnie, żebyśmy przejęli drugoligowy GCK Lions, stanowiący farmę pierwszego zespołu. Od razu wprowadziliśmy zupełnie nowe metody treningowe, troszeczkę zbieżne z tymi wykorzystywanymi wcześniej w juniorach – czyli ogólnie mówiąc koncepcji opartej na treningu technicznym, dobrym przygotowaniu kondycyjnym i siłowym. W pierwszym sezonie zajęliśmy pierwsze miejsce, grając głównie samymi juniorami. W rezultacie otrzymaliśmy ofertę prowadzenia ZSC Lions w Nationalliga A. Obaj pracowaliśmy na najwyższym szczeblu przez trzy lata. Po naszym przyjściu pojawił sie pomysł, żeby odmłodzić tę drużynę, bo ówczesny skład zbyt mocno nadwyrężał budżet klubu. Włączylismy więc do kadry ośmiu zawodników z GCK Lions. Teoretycznie byliśmy słabsi kadrowo, ale sezon pokazał co innego. Dostaliśmy się do play-off, dochodząc do półfinału. Niestety praktycznie w ostatniej sekundzie przegraliśmy możliwość walki o tytuł mistrzowski. Rok później było nieco lepiej – zdobyliśmy wicemistrzostwo kraju. W tej pracy można się jednak wszystkiego spodziewać. W trzecim sezonie pracowaliśmy tylko do grudnia i wówczas zastąpił nas trener z Finlandii. Od tamtego czasu przez półtora roku zmieniono w klubie pięciu szkoleniowców.
Prawie jak w polskiej piłce.
- Zurych jest bardzo specyficznym regionem jeżli chodzi o hokej, bo tam wynik ma ogromne znaczenie. My przegraliśmy pięć meczów pod rząd. Mój przyjaciel Weber sie trochę rozsypał i sam zacząłem prowadzić zespół. Udało mi się wygrać dwa z pięciu meczów, ale to było za mało. Po tym jak z nas zrezygnowano wróciłem do pracy z juniorami a Weber przeniósł się do innej organizacji. Teraz prasa rozpisuje się, że to nie my byliśmy winni, ale złe zakupy menedżera, bowiem wielu sprowadzonych przez niego graczy się nie sprawdziło, ale nie ma sensu gdybać na ten temat. Podsumowując byliśmy jedynymi trenerami, którzy utrzymali się w ZSC dłużej, niż dwa lata. W tej chwili razem z Richim Jostem jesteśmy szefami wszystkich grup od 16 do 20 roku życia, czyli Elite Lions. Oprócz tego jesteśmy asystentami w GCK Lions. Ja jeszcze dodatkowo zajmuję się kształceniem trenerów. Aha i jeszcze jestem trenerem najlepszej drużyny juniorów w naszej organizacji.
Sporo tych funkcji a mimo to zdobył Pan z juniorami mistrzostwo Szwajcarii po 47 latach…
- Wymagało to sześć-osiem lat pracy, ale się opłaciło. Cały ten czas pracowaliśmy według naszej koncepcji rozwoju zawodnika, która sprawdziła się na tyle, że praktycznie teraz jesteśmy bezkonkurencyjni. Doszło do tego, że dwunastu moich juniorów gra aktualnie w Nationalliga B w GCK Lions. Umyślnie osłabiliśmy drużynę juniorów, żeby oni mogli się lepiej rozwijać na wyższym, seniorskim poziomie. To na pewno jest związane z ryzykiem, bo nie wiem czy wszyscy ci chłopcy podołają temu zadaniu, ale wkrótce się przekonamy. Także obecnie dysponuję najmłodszą drużyną juniorów w całej Szwajcarii, bo musieliśmy uzupełnić kadrę trzy lub cztery lata młodszymi graczami. To jest prawdziwy eksperyment. Przyznam , że mam naprawdę dużą satsysfakcję z tej pracy i tak długo już jestem w Szwajcarii, że coraz ciężej mi wrócić do kraju.
Ile ofert pracy otrzymuje pan w trakcie tygodnia ? (śmiech)
- Aż tak często się nie pojawiają. W tej chwili mam cztery poważne propozycje. Jedną od wspomnianego wcześniej Christiana Webera, który trenuje najsłabszą drużynę Nationalliga A z Langnau. Nie za dobrze u nich wygląda praca z młodzieżą i miałbym być jego asystentem, a także podciągnąć trochę młodzież. Druga oferta jest z Kloten, gdzie chcą, abym był szefem całej młodzieży. W Szwajcarii przypięli mi etykietę, że potrafię zrobić coś z niczego. Drużyny skazywane na spadek były za mojej kadencji się utrzymywały, chłopcy, którym nikt nie dawał szans na grę w hokeja występuja teraz w GCK Lions. Cztery lata temu nikt nie wierzył, że mogą dojśc tak wysoko a ja podjąłem z nimi długofalowy proces rozwoju i tego dokonali. Trzecia oferta pojawiła sie z Berna, gdzie miałbym być szefem szkolenia młodziezy i prowadzić zespół juniorów. Najlepszą propozycję otrzymałem jednak z Davos. Bardzo dobrze znam się z tamtejszym trenerem Arno Del Curto, który pracuje już z zespołem od dziesięciu lat. Miałem zostać jego asystentem oraz odpowiadać również za pracę z młodzieżą i stworzyć coś na miarę oragnizacji Lions. Ostatecznie podjąłem decyzję, że zostanę w Zurychu jeszcze dwa lata.
Najwidoczniej ma Pan patent na szkolenie młodzieży.
- Kilka lat temu opracowaliśmy plan szkoleniowy, który przyniósł wydatne rezultaty. Na początku umówiliśmy się w ten sposób, że co tydzień będziemy robić mniejsze podsumowania, a generalne po upływie pół roku – w grudniu i na koniec sezonu. Rozmawialiśmy o tym, co musimy zmienić, co polepszyć itp. W momencie kiedy przychodziłem do Zurychu prowadziłem trzecią ligę, byłem asysytentem w juniorach, żeby mieć z nimi kontakt i byłem bezpośrednim szefem najmłodszych adeptów hokeja, ponieważ chciałem rozpocząć tę pracę od najnizszego szczebla. Prowadziłem treningi z najmniejszymi, bo chciałem nauczyć ludzi jak maja z nimi pracować. Po dwóch latach ja już tam nie jeździłem, od czasu do czasu dogładałem jak to wszystko wygląda. Jak przychodził ktoś nowy to pracował według schematu, który im pokazałem. Juniorzy byli cały czas pod kontrolą. Na młodzików i żaków już nie miałem, aż takiego wpływu, ale tam też była realizowana opracowana przeze mnie koncepcja. W tej chwili pracujemy już według wypracowanych sposobów. Od około pięciu lat wszystko jest poukładane. Nawet jak pomagałem Richiemu przy pierwszej drużynie młodzież była cały czas pod kontrolą. Patrząc z perspektywy czasu naprawde dużo nauczyłem się w Szwajcarii. Zurych to takie miejsce, gdzie zjeżdża mnóstwo zespołów, więc jest zawsze mozliwość podpatrywania co robią Szwedzi, co robią Finowie, co robią Kandyjczycy.
W latach 70-tych i 80-tych wymiana myśli szkoleniowiej kwitła, pomimo geopolitycznej bariery. Jak to wygląda dzisiaj ? Są jeszcze ludzie, którzy otwarcie dzielą się swoją wiedzą ?
- Raczej nie ma.W samej Szwajcarii nie chcą już się dzielić a co dopiero w Europie czy na świecie. Powiem szczerze, ja się też z nikim nie dzielę. Robię to tutaj w Tychach, dlatego, że moje serce jest w Polsce. Robię to dla młodych chłopaków i dla starych kumpli, przyjaciół, którzy często do mnie dzwonia i pytają się czy bym nie mógł czegos załatwić. Mariusz mnie namówił i stąd ta konferencja. W zasadzie pokazuję jak szkolę młodzież – dzielę się czymś, co jest moją tajemnica. Z drugiej strony nie pokazuję detali, bo to jeszcze trzeba wiedzieć jak co i kiedy zastosować itd. I tak powiedziałem dużo. Na standardowej konferencji nie dowiesz się tego, co zostało tutaj powiedziane, np jak duża ma być częstotliwość danego ćwiczenia, jakie przewy pomiędzy ćwiczeniami i takie szczegóły, które są bardzo istotne. Nikt ci nie pokaże na szkoleniu ile dane ćwiczenie robi razy w tygodniu itd. Przecież my też mamy szkolenia w Szwajcarii i to jest taka sytuacja, że tam ci nikt nic nie powie. Dostajesz stertę papieru z teorią na temat, np przygotowania siłowego. No co to jest ?
Reguła, a Wy zrobiliście od niej mały wyjątek.
- (śmiech) Naszym celem jest pokazanie polskim trenerom nowych metod pracy i przekonanie ich, żeby stosowali je na co dzień. U nas to już jest tak daleko posunięte, że zawodnik sam wie co ma robić. Chodzi samemu na piętnaście minut na siłownię poza treningiem i wykonuje odpowiednie ćwiczenia z gumowymi piłkami na poprawienie balansu czy wykorzystując drabinkę. Przez to nie tracimy już na takie rzeczy czasu, bo gracze robią to we własnym zakresie. Chcieliśmy też uświadomić, że wcale nie trzeba dźwigac sto dwdzieścia kilogramów, żeby przygotwac się do sezonu. Nikt już w Europie nie robi przysiadów ze sztangą ważącą ponad sto kilo. A pamiętam czasy, kiedy u nas dźwigano w ten sposób po sto sześćdziesiąt.
Ciężko uświadomić młodemu Szwajcarowi ile pracy musi włożyć, aby w przyszłości osiągnąć poziom pozwalający w wymarzonej przez niego lidze ?
- To co różni nas od Polski to praca z zawodnikiem nie tylko nad umiejętnościami hokejowymi, ale też nad wychowaniem. Ogromnie dużo czasu poświęcamy tym chłopakom w związku ze sprawami pozasportowymi. Jest dużo rozmów z zawodnikami, z rodzicami, gdzie wspólnie stawiamy sobie cele zajmujemy się analizą realizacji tych celów. Poparte jest to filmami motywacyjnymi, które pokazują jaką drogę musiały przejść dzisiejsze gwiazdy NHL. Problem polega jednak na tym, że już przeciętni Szwajcarzy żyją na bardzo wysokim poziomie finansowym. Powoduje to, że nie mają motywacji, aby jeszcze mocniej pracować i dostać się do NHL, bo mogą tam zarobić niewiele więcej. Dobry zawodnik ma te same pieniądze w Nationalliga A. Starając się zmobilizować zawodników stawiamy im po prostu mniejsze cele – gra w Nationalliga A. To jest bardzo wygodny naród. Te gwiazdeczki szwajcarskie mają beztroskie życie. Co dwa, trzy lata zmieniają klub. śmiejemy się, że na końcu ląduja w Zurychu, bo teraz ZSC kupuje samych dziadków i tu też sobie nieźle pożyją.
Jeden z Pana wychowanków Luca Cunti został w tym roku draftowany przez Tampa Bay Lightning.
- Znam go od najmłodszych lat i można powiedzieć, że się u mnie wychował. Dwa lata temu zainteresowali się nim skauci i zaczęło się o nim dużo mówić. To jest talent, ale ma wiele wad. Na przykład straci zamiast wracać, aby pomóc obrońcom, przygląda się. Poza tym nie zagra ciałem, nie podjedzie pod bandę. On jest dobry, kiedy trzeba wrócić po krążek za bramkę i przejechać przez pół lodowiska. Tylko, że tak się grało kilkanaście lat temu. Wzięliśmy go w zeszłym roku do seniorskiego zespołu – GCK Lions. Strasznie często tracił gumę na drugiej niebieskiej linii, co powodowało, że rywale nas cały czas kontrowali. Zwracaliśmy mu uwagę raz, dwa, trzy, aż w końcu odsunęliśmy go od składu. A ponieważ jego ojciec ma układy z naszymi działaczami, wiesz jak to jest, bo tam razem gdzieś interesy robią to oczywiście wyszło na to, że to trenerzy się nie nadają. Na szczęście działacze rozmawiali z wszystkimi szkoleniowcami osobno i każdy powiedział im to samo na temat Cuntiego. Generalnie on powinien grać u mnie w juniorach, ale ja go nie chciałem, bo nie ma sensu się denerwować. Także zdobyliśmy mistrza Szwajcarii bez naszego najlepszego zawodnika i bardzo dobrze się stało. Potem Cunti mówił już oficjalnie, że on wcale nie chciał grać w juniorach, ani w GCK Lions i w końcu przeszedł do trzecioligowego klubu, gdzie zawodnicy jednocześnie pracują oraz grają. Trenują tam pół godziny dziennie, bo im się nie chce a potem idą na piwo. My twierdzimy, że jak Cunti pojedzie do Ameryki to bardzo szybko wróci. Ma talent, widzi dużo, ale często traci krążek. Pamiętam jak mi tłumaczył, że musi stracić dziesięć razy krążek, żeby zyskał tę pewność w grze. Szału można dostać. To jak to jest, że wszytskim zabraniam utraty krążka na linii niebieskiej a ty możesz ? Zasady obowiązują wszytkich, bez wyjątku.
W Czechach i na Słowacji jest tendencja do opuszczana kraju przez młodych zawodników i wyjazdu za ocean do tamtejszych lig. Media biją na alarm, bo wyniki osiągane przez reprezentacje do lat osiemnastu i dwudziestu są coraz gorsze.
- To jest odwrotny proces, niż w Szwajcarii. Tu nie wyjeżdzają za granicę, bo jest im wygodnie w kraju. Podejrzewam, że Słowacy i Czesi szukają po prostu hokeja na wyższym poziomie. Uważam jednak, że w krajach, gdzie hokej stoi na wysokim poziomie młodzi zawodnicy nie powinni wyjeżdżać przed ukończeniem osiemnastego roku życia. Szesnaście lat to jest zdecydownie za wcześnie, ale to robota skautów/menedżerów. Wracając na chwilę do Cuntiego. Wyobraź sobie, że dostałem formularz od jego agenta z sześćdziesięcioma pytaniami na temat Luci. On równiez otrzymał taki formularz z tymże były tam przeróżne pytania odnośnie tego, co myśli o swoim trenerze i takie inne niepotrzebne bzdury. To jest tak daleko posunięta sprawa, że byś nie uwierzył. Potem zaczyna się mieszanie w głowach rodzicom gracza.
Nie ma silnych na agentów.
- My staramy się przekonywać rodziców, ale akurat ci od Cuntiego się nas pogniewali i zadeklarowali, że Luca jedzie do Ameryki. Dam Ci pewien przykład. Kilka lat wstecz mieliśmy dwa duże talenty z 84 rocznika – Tima Ramholta i Lukasa Grauwilera. Oni mieli możliwość u nas grać jak z Weberem zaczęlismy prowadzić GCK Lions, ale pojechali do Kanady do zespołów z QMJHL i OHL. Po jakims czasie wrócili. Jedyne co przywieźli z Ameryki to czapki z daszkiem odwrócone do tyłu. Weszli na siłownię, w buzi guma do żucia, i nie wiedzieli co mają robić. Nic nie pracowano z nimi w Kanadzie, kompletnie nic. Po powrocie potrzebowali roku treningów, żeby dojść do siebie. Lukas gra teraz w ZSC Lions. Także wyjazd za ocean ne gwarantuje, że się czegokolwiek nauczysz, oni trafili do takich klubów, skąd nie wynieśli nic pod względem sportowym.
Jest jedno pytanie, które zadają sobie wszyscy obserwujący od kilku lat szwajcarski hokej. Czego brakuje temu krajowi, żeby dobić do czołowej siódemki na świecie ?
- Z moich obserwacji Szwajcarzy za słabo pracują w klubach. Jest dużo trenerów, którzy drżą o swoją posadę i idą zawodnikom na rękę. Druga sprawa to to, że trener reprezentacji Ralph Krueger nie powołuje najlepszych hokeistów, bo ci najlepsi w tym kraju to tzw. skurczybyki, z którymi zawsze są problemy. Tu piwko, tam imprezki itp. Ale z drugiej strony to są też prawdziwi wojownicy. Krueger wykluczył ich wszystich z kadry i w ich miejsce dobiera sobie grzecznych ludzi. W kadrze panuje świetna atmosfera, ale ci ułożeni hokeiści nie wygrają meczu o wysoką stawkę. Chuligani też sa potrzebni w zespole. Trzeba ich trochę utemperować, ale są potrzebni.